Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

UWAGA, W TEKŚCIE POJAWIAJĄ SIĘ SPOILERY.
DUŻO SPOILERÓW.
żeby nie było, że nie ostrzegałam



Przed premierą Civil War starałam się unikać spoilerów. Co prawda aby nie zobaczyć żadnej niechcianej informacji na temat fabuły musiałabym całkowicie odciąć się od internetu na dwa tygodnie przed premierą, ale poszło całkiem nieźle - ograniczyłam się do obejrzenia oficjalnego trailera czy dwóch. Jeśli chodzi o wybór pomiędzy stroną Kapitana a Iron Mana - wybór był oczywisty, bo Steve skradł moje serce już w The First Avenger. Wierzyłam w jego decyzje.
Cap jest postacią, której cały świat się zawalił. Po 70 latach spędzonych jako kostka lodu został wrzucony do zupełnie innego świata i kiedy odkrył, że jednak ktoś z jego dawnych przyjaciół żyje, trzymał się ich mocno, może z nadzieją na to, że cokolwiek wróci do dawnego porządku. Po śmierci Peggy został mu jedynie Bucky, dla którego byłby gotowy zrobić wszystko. Dosłownie wszystko. A - jak powiedział w filmie Iron Man - Kapitan działający na własną rękę może być niebezpieczny. W pewnym momencie naprawdę przestało mi się podobać to, co robi - jego działania były skrajnie egoistyczne. 


mniej więcej tak można podsumować wszystkie działania Capa
(tumblr.com)

Pomysł Protokołu z Sokowii był od początku absurdalny. Poddanie się nadzorowi ONZ mogłoby być dla Avengersów strzałem w stopę, choć działanie na własną rękę również nie zawsze przynosiło dobre skutki. Decyzje o podpisaniu układu dziwią jeszcze bardziej w świetle poprzedniej części Kapitana, kiedy to okazało się, że S.H.I.E.L.D. było kontrolowane przez Hydrę. Skąd zatem pewność, że w Radzie Bezpieczeństwa zasiadają sami "dobrzy" ludzie? Że uda się uniknąć manipulacji? Iron Man pozwalający na związanie sobie rąk, bo pewnie właśnie tak wszystko by się skończyło, wierzący w to, że dzięki nadzorowi będzie ginąć mniej niewinnych ludzi... Nie mówiąc już o podejściu "MACIE PODPISAĆ. WSZYSCY. JUŻ. BO TAK." Prawda jest taka, że walka o każdy cel przynosi ofiary. Nie da się ocalić świata bez poświęceń. 

W wojnę pomiędzy dobrze znanymi nam Avengersami zostali wplątani także inni bohaterowie - Ant-Man, który z całą sprawą miał niewiele wspólnego, Spiderman robiący za maskotkę Starka i T'Challa wiedziony chęcią osobistej zemsty za śmierć ojca. Szczerze przyznam, że ostatnia z wymienionych postaci jakoś szczególnie mnie nie porwała i w zasadzie film mógłby się bez niego obejść. 


geek.com

Za to Spidey... 
Niedawno obejrzałam obie części Niesamowitego Spider-Mana, obie mnie rozczarowały. Fabuła nie powalała, Andrew Garfield też średnio przypadł mi do gustu i może właśnie dlatego zmiana aktora na młodziutkiego i wyglądającego na czternastolatka Toma Hollanda nie napawała mnie przerażeniem. Według mnie wyszła tej postaci  na dobre. W Civil War Spidey jest typowym nastolatkiem, którego głównymi priorytetami są praca domowa i to, żeby ciotka (która wygląda dość... Atrakcyjnie jak na ciotkę Spidermana) nie dowiedziała się przypadkiem o jego supermocach, trochę zagubionym, mówiącym zanim pomyśli... Chłopak kradł każdą scenę, w której się pojawiał, czy to swoim "Masz prawo zachować milczenie!", "Nie mogę jechać do Niemiec, mam pracę domową" czy "Masz metalową rękę? Ale fajnie!". Pojawił się na ekranie akurat na tyle, żeby wprowadzić go do świata przedstawionego (mam nadzieję, że jeszcze kiedyś dostanie większą rolę) i umiejscowić w świadomości i pamięci widzów. 


Na ekranie pojawił się też Jeremy Renner w roli mojego ulubionego Hawkeye'a. Zostawił rodzinę i wyruszył na pomoc mimo tego, że przeszedł już na emeryturę, bo nie porzuca się przyjaciół w potrzebie, a - przede wszystkim, jak sam powiedział, odszedł na pięć minut, a wszystko zaczęło się sypać. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że zyskał trochę więcej cech swojego komiksowego pierwowzoru (mam na myśli reboot z 2012 roku prowadzony przez Matta Fractiona). Mówi wprost, co ma na myśli. W scenie więziennej chyba po raz pierwszy otwarcie się komuś sprzeciwia i mówi to, co pewnie siedziało w głowie pozostałych już od dawna. 
Swoją drogą, nie zgadzam się na jego emeryturę. I domagam się większych ról. Zdecydowanie.

Co do podobieństw czy aluzji do komiksów - bardzo podoba mi się to, że się pojawiają. Choćby ta scena, która pojawiła się w trailerze:

tumblr.com

Winter Soldier i Natasha mieli w komiksach wspólną historię, w której szczegóły nie będę się wdawać, bo nie znam jej dokładnie. 

Wydaje mi się, że kontynuuje się też odwołanie, które pojawiło się w poprzedniej części Kapitana:

screenrant.com

Według komiksów to właśnie Bucky miał zostać kolejnym Kapitanem Ameryką. W scenie po napisach Civil War podejmuje decyzję, że bezpieczniej będzie jeśli znów go zamrożą, co otwiera furtkę do tego, żeby po śmierci Rogersa rozmrozić go i mianować jego następcą. 

Decyzja podjęta przez Bucky'ego z jednej strony wydaje się w pełni logiczna i zdroworozsądkowa, z drugiej - nie mogłam powstrzymać się od facepalma. Przez cały film wszyscy albo chcą go zabić, albo ocalić ryzykując naprawdę wiele i wiele poświęcając, a on na końcu i tak postanawia, że lepiej będzie, gdy zostanie kostką lodu...

Co do samej postaci Bucky'ego - biedny, nie może nawet w spokoju śliwek kupić... Uwielbiam tę postać. Świetnie przedstawiony obraz człowieka zagubionego, złamanego, nie będącego w stanie panować nad własnymi działaniami, bo kilka rosyjskich słów zmienia go w bezlitosną maszynkę do zabijania. Sebastian Stan, mimo tego że w wywiadach jest przeuroczy i zawsze uśmiechnięty, wydaje się stworzony do właśnie takich ról. Czasem zastanawiam się, czy to wszystko nie wygląda tak, że scenarzyści i inni odpowiedzialni za to ludzie kreują jak najsmutniejszą, najtragiczniejszą postać, po czym dzwonią do Stana prosząc go, żeby zagrał. 
Bardzo podobała mi się także relacja pomiędzy Buckym a Samem. Panowała między nimi naprawdę luźna, przyjemna atmosfera pozbawiona napięcia widocznego między Zimowym Żołnierzem a innymi bohaterami, spowodowanego tym, że cała znajomość była determinowana przez hasło zabić/ocalić. 
Przeurocza była również ich reakcja na pocałunek Steve'a i Sharon, który mi osobiście wydawał się trochę... Nie na swoim miejscu. Po prostu nie pasował, na dobrą sprawę ich znajomość nawet nie zdążyła się rozwinąć (albo zapomniano ją pokazać)... Jestem na nie.

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów to bez wątpienia dobry film, wydaje mi się, że nawet jeden z najlepszych wyprodukowanych przez Marvela, jednak jestem nim lekko rozczarowana, choć nawet nie jestem w stanie powiedzieć czym. Być może ten niedosyt był spowodowany długim oczekiwaniem i naprawdę wysokimi oczekiwaniami i gdzieś zniknie po obejrzeniu filmu po raz kolejny. Nie jestem też ani po stronie Kapitana Ameryki, ani po stronie Iron Mana (powiedzmy, że należę do Team Bucky). Tak czy inaczej - film szczerze polecam.

Komentarze

Popularne posty