To nie jest tekst o tym, jaki wybrać rower




Podobno nadchodzi wiosna. Trwające kilka dni ocieplenia dają nadzieję, a z każdą dodatkową kreską na termometrze przybywa na zewnątrz spacerowiczów, biegaczy, rowerzystów i innych domorosłych sportowców. Sklepy sportowe niedługo będą przeżywać oblężenie, bo okaże się, że rower, który spędził kilka miesięcy w piwnicy czy garażu nie do końca nadaje się do jazdy, czy po prostu przyszła pora na spróbowanie czegoś nowego. Poradniki mówiące o tym, jaki jednoślad należy wybrać, wyrastają w sieci jak grzyby po deszczu. Większość z nich, rzecz jasna, proponuje drogi sprzęt, który będzie bajerancko wyglądał, żeby było się na czym polansować na mieście.


Nie mam zamiaru pisać o tym, co musicie kupić, żeby być szybszym, lepszym i odpowiednio się prezentować. Nie mam o tym bladego pojęcia, poza tym od jakiegoś czasu nie są to dla mnie ważne kwestie. Od tego, jak wyglądamy, ważniejsza jest sama przyjemność z jazdy. Opowiem za to trochę o tym, dlaczego wybrałam właśnie rower szosowy.


Dziewczyna na kolarce. Widok raczej nietypowy, szczególnie w mniejszych miastach czy na wsiach, prawda? Pierwszy raz wsiadłam na taki rower jakieś cztery lata temu. Wsiadłam... Ledwo. Po tym, jak wyrosłam z poprzedniego roweru, nie miałam okazji do kupna nowego i po prostu pożyczałam o wiele za dużego na mnie Peugeota, na którym żeby dostać choćby palcami u stopy do asfaltu musiałam przechylić się na bok. Średnio wygodne, jeszcze mniej bezpieczne, ale dało się przyzwyczaić. Tematu tego, jak prezentowałam się na tym rowerze nawet nie będę poruszać... Kto widział, ten wie, za dobrze nie było.


Na początku bałam się rozpędzić, miałam problemy nawet z takimi głupotami jak zawracanie. Po nabraniu odwagi już nic mi nie przeszkadzało - ani rozmiar ramy, ani średnio wygodne manetki, ani to, że mogłam jeździć w zasadzie tylko w jednej pozycji, bo miałam za krótkie ręce na to, żeby w jakimkolwiek innym ułożeniu ciała dostać do hamulców. Wraz z wprawą przychodziły coraz dłuższe wycieczki, większe prędkości... Pojawiło się też zainteresowanie zawodowcami, wyścigami, odrobinę stroną techniczną - zaczynałam wkręcać się coraz mocniej. Niejeden raz było mi trochę szkoda, że na tak cienkich oponach nie wjadę do lasu czy nie pośmigam bezdrożami, ale odkrywanie co chwila nowych dróg, o których istnieniu nie miałam pojęcia i zdecydowanie większe prędkości dawały satysfakcję.


W końcu, mając już na koncie odpowiednie zasoby pieniężne, zaczęłam zastanawiać się nad kupnem nowego roweru. Nie od razu stawiałam na kolarkę, ale w końcu przyzwyczajenie i niska waga zwyciężyły. To, ile będzie ważył mój jednoślad było dla mnie istotne nie tyle ze względów sportowych, co wygody. Mieszkałam wtedy w bloku, na 6 piętrze, i niejednokrotnie wnosiłam rower na górę (winda była na tyle mała, że było po prostu niewygodnie, szczególnie gdy do środka wpychały się babcie z zakupami). Przyszłość też nie zapowiadała się pod tym względem lepiej.


Spędzałam długie godziny czytając fora internetowe, przeglądając strony producentów, allegro, ogłoszenia... Wszystko co możliwe. Zazwyczaj wychodziło na to, że na start powinnam wydać jak najwięcej, kupić rower na super wypasionej ramie, stosowne wdzianko, liczniki, garminy, pomiary mocy i wszystko, co tylko wyprodukowali. Do tego trzeba rozpisać plan treningowy, wybrać cele, ścigać się! Robić wszystko, żeby toczyć się po asfalcie o ten 1 km/h szybciej... Zdałam się trochę na łut szczęścia, postawiłam też na najbardziej znane w zawodowym peletonie marki (jak się teraz okazuje, niekoniecznie słusznie, szczególnie jeśli chodzi o względy finansowe). Zaliczyłam bezowocną wycieczkę do Rzeszowa, później bardziej udaną do Warszawy i stałam się dumną posiadaczką białego Cannondale'a w - o dziwo - odpowiednim dla mnie rozmiarze ramy. Im mniejsza rama, tym trudniej znaleźć używany rower - znalezienie rozmiaru 48 czasem graniczy niemal z cudem.


Wraz z wakacjami rozpoczęło się codzienne pedałowanie, najczęściej bez planu. Na początku krótkie trasy, z czasem coraz dłuższe, trafiły się też dwie czy trzy wycieczki po ok. 100 km. W sumie od czerwca do października wykręciłam ponad 1000 km. Niektórym wyda się, że to niedużo, ale dla mnie, jako amatorki, która jeździ tylko i wyłącznie dla przyjemności, było to całkiem sporo. Założenia na ten sezon są o wiele większe, ale to, w jaki sposób spędzę nadchodzące lato, jest jeszcze niepewne.


Nie będę kłamać i nie powiem, że nigdy nie marzyło mi się ściganie, choćby amatorskie. Przez głowę często przechodziły myśli o tym, żeby poszukać jakiegoś klubu czy po prostu rozpisać jakiś konkretny plan, trzymać się go, budować formę i w końcu w czymś wystartować. Ostatecznie do żadnej z tych rzeczy nie doszło, choć te myśli nadal siedzą gdzieś z tyłu głowy. Chwilami boję się jednak, że takie traktowanie kolarstwa bardziej na poważnie, „przymus” zrobienia treningu zabiłyby moją radość z jazdy, a w tej chwili rower to jeden z bardzo nielicznych sposobów na wyciszenie się i porozmyślanie w spokoju. Nie chcę stać się więźniem średnich prędkości i watów, chcę patrzeć na widoki, wspinać się pod górki, o których wcześniej nawet nie marzyłam, pędzić na zjeździe na złamanie karku, jechać na początku w trupa, a później ledwo dowlekać się do domu... Mam tylko jedno marzenie, związane z pewnym maratonem, ale na razie nie dojdzie do skutku. Chcę po prostu robić to, co kocham, nie oglądając się na opinie innych czy komentarze na temat tego jak jeżdżę czy też prezentuję się na rowerze. Szosówka to właśnie ten typ, który spełnia wszystkie moje potrzeby, a kiedy mam chęć na wycieczkę do lasu, po prostu pożyczam inny rower albo idę na pieszo. Wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.


Radę dla kupujących rower mam tylko jedną - nie patrzcie na to, co mówią inni, kupcie to, co wam się podoba. To właśnie wy, a nie sprzedawca, kolega, wuj czy inny „znawca tematu” będziecie używać tego sprzętu. Chcecie tłuc niedzielne rundy na mega wypasionej karbonowej ramie i osprzęcie najwyższej klasy? Proszę bardzo. Macie zamiar zwiedzić świat na najtańszym aluminiowym składaku? Jedźcie. Dopóki jazda będzie was cieszyć, wszystko będzie w porządku.



Komentarze

  1. U mnie pod blokiem zrobili wysepkę z rowerami miejskimi, a ja w ciąży i nie mogę korzystać :(

    Zapraszam do mnie na konkurs!
    www.jennydzemson.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty