O książkach i czytelnictwie słów kilkaset




Statystyki czytelnictwa w naszym kraju podobno są przerażająco niskie. Przyznam, że nie przywiązuję do nich szczególnej uwagi. Matematyka i statystyki nie zawsze radzą sobie z wiarygodnym opisywaniem zjawisk. Wiadomo, że w grupie badanych znajdą się zarówno osoby, które czytają po 100 książek w ciągu roku, jak i te, które książki widzą tylko na półkach w bibliotece (o ile już jakoś do niej trafią). Średnia wyciągnięta z takiej grupy raczej nie odzwierciedla rzeczywistości, prawda? Co więcej, pomija ona przyczyny zjawiska, nad którymi też warto byłoby się zastanowić, zanim zaczniemy wieszać psy na tych, którzy nie czytają. 

Wiemy też, że ilość nie równa się jakości. Setka harlequinów najniższych lotów lub powieści młodzieżowych nie może równać się z tekstami naukowymi czy klasyką literatury, która jest nieporównywalnie trudniejsza w odbiorze. Moim zdaniem zamiast na to „ile”, powinniśmy zacząć patrzeć na to, „co”. Z drugiej strony - nie można popadać ze skrajności w skrajność.

Przyznam, że ostatnio ograniczam się raczej do „poważnych” książek. Nadrabiam lektury do rozszerzonej matury z polskiego, w międzyczasie wskoczyły pozycje do pracy olimpijskiej, później opracowania, z których przygotowywałam się do drugiego etapu... Lubię doszukiwać się motywów, symboli, ukrytych znaczeń, jednak po kilku miesiącach czytania jedynie z obowiązku, bo na przyjemności po prostu nie było czasu, zaczęłam mieć najzwyczajniej w świecie, tak po ludzku, dosyć. Czytanie między wierszami zaczęło mnie nużyć, a na książki patrzyłam z niechęcią, co kiedyś wydawało się niewyobrażalne. Dlatego też po rozpoczęciu ferii stwierdziłam, że czas na chwilę luzu. Poszłam do biblioteki i wypożyczyłam pierwszego „odmóżdżacza” (choć z kategorii tych nieco lepszych), którego tytuł kojarzyłam - padło na „Nigdy w życiu!” Grocholi. 

Książki o miłości, związkach i innych takich to zupełnie nie moja bajka - może dlatego, że zbyt twardo stąpam po ziemi? Możliwe. Może dlatego, że wszystkie opierają się na tym samym schemacie? Wysoce prawdopodobne. Tym razem nie było inaczej, historia przewidywalna, pisana prosto, lekkim językiem. Powieść idealna do tego, żeby odpocząć, wyłączyć na chwilę podejrzliwą część szarych komórek, które normalnie pozostają w gotowości do wyłapywania przekazu podprogowego, i po prostu poczytać bez zagłębiania się - ot, czytadło do łyknięcia w dwa wieczory. Banalna historyjka, powiedziałabym, że typowo kobieca. Można się pośmiać. 

Po przeczytaniu stwierdziłam, że osiągnęłam swój cel - po prostu wyluzowałam. Czuję, że teraz mogę wracać już do klasyki literatury, która znów stanie się dla mnie możliwa do przełknięcia.


Jednak jak ma się to do jakości czytelnictwa?

Mimo, że książka była wciągająca, a przede wszystkim była KSIĄŻKĄ, czyli tym, co istotne dla wspomnianych wcześniej statystyk, to nie wniosła zupełnie nic. Ot, przeczytana, zapomniana. Żadnych nawiązań, istotnych symboli... Kilkaset stron, które nie zapiszą się na kartach historii literatury, a za kilka lat popadną w całkowite zapomnienie. A co dałoby przeczytanie nawet setki takich książek? Nic. Zupełnie nic. W żaden sposób nie wzbogacają czytelnika, nie zostawiają po sobie śladu. Nawet nie będzie czym się pochwalić w towarzystwie. Lekkie powieści obyczajowe czy romansidła mają mniej więcej taką samą wartość, jak skład domestosu czytany w miejscu, gdzie nawet król chodzi piechotą. 

Dlatego uważam, że zamiast chwalić się liczbą przeczytanych pozycji powinniśmy raczej chwalić się ich jakością, bo jak wiadomo - książka książce nierówna, szczególnie na współczesnym rynku wydawniczym, gdzie wystarczy mieć wystarczająco dużo pieniędzy lub po prostu wstrzelić się w aktualnie modną tematykę. 

Komentarze

  1. Całkowicie zgadzam się z powyższym wpisem. "mają mniej więcej taką samą wartość, jak skład domestosu czytany w miejscu, gdzie nawet król chodzi piechotą" - hahaha, geniusz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż... Czasem trzeba użyć dosadnych określeń, prawda? ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty