O tym, jak zostałam złodziejem dusz


Każdy nowy wynalazek początkowo spotykał się z nieufnością ówczesnych ludzi; podobnie było z fotografią. Przez długi czas twierdzono, że fotografujący kradnie modelowi fragment duszy, który jest zaklinany w gotowym obrazie. Wierzono także, że na zdjęciu można uwiecznić zjawiska nadprzyrodzone, m. in. duchy - niektórzy wierzą w to do dzisiaj, ja raczej wkładam między bajki autorstwa Photoshopa, złego naświetlania i uszkodzonych klisz. Dziś jednak opowiem, jak zostałam złodziejem dusz.


W moim domu, podobnie jak w większości, od zawsze był aparat, choć - jak to w czasach, kiedy trzeba było kupić kliszę z, jakby nie było, ograniczoną liczbą klatek - nie mieliśmy manii uwieczniania wszystkiego, co nas otacza. Aparat służył do upamiętniania ważnych wydarzeń, czasem wyjazdów. Makrofotografia czy "chodzenie na zdjęcia" z koleżankami nawet nie przechodziły przez  myśl. 


W tamtych czasach aparatu nie dostawałam do rąk zbyt często, bo "szkoda kliszy", ale już wtedy lubiłam uwieczniać to, co mnie otaczało. 
W końcu na rynku zaczęły pojawiać się telefony z wbudowanymi aparatami w dość przystępnych cenach. Kiedy tylko taki pojawił się w rodzinie, mogłam dać upust swoim fotograficznym zapędom dzięki sprzętowi VGA (powalające 0,3 lub 1,3 mpix, już nie pamiętam). Co to był za szał! Zdjęcia ukochanych psów, kwiatków, ludzi... Absolutnie wszystkiego, co tylko się napatoczyło i nie uciekało wystarczająco szybko. Jak dobrze, że wtedy nie miałam stałego dostępu do internetu, a serwisy pokroju Photoblog.pl nie były jeszcze tak popularne...


Przełom nastąpił w 2006 r., kiedy to na komunię dostałam pierwszą własną cyfrówkę - co prawda bez karty pamięci, której chyba w końcu w ogóle się nie doczekałam, ale była MOJA, WŁASNA! 3,14 mln megapikseli, powalająca rozdzielczość... To wszystko zagwarantował mi BenQ DC E300, który wytrzymał ze mną parę ładnych lat intensywnego użytkowania i zabierania ze sobą wszędzie, gdzie mama pozwoliła, dopóki nie padła migawka. Sprzęt nadal leży w którejś z szafek, bo sentyment pozostaje. Nadal był to czas, kiedy robiłam zdjęcia absolutnie wszystkiemu, nie mając pojęcia o kompozycji, ostrzeniu i innych takich. 

Czasem udało się zrobić coś niezłego


Jak widać, abstrakcyjne kształty były w modzie już ok. 2007 r.


Ostrzenie na dalszy plan? A co to?


Później poszło już z górki - w końcu dostałam własny telefon z aparatem, zakładałam pierwsze fotoblogi i inne takie. W końcu zaczęły pojawiać się pierwsze nieśmiałe marzenia o zostaniu fotografem. Zaczynałam wyciągać koleżanki "na zdjęcia" i podczas tych niemrawych "sesyjek" zaczynałam bawić się trybem manualnym, w zasadzie nie mając pojęcia co robię i "co to jest ta migawka". Uwieczniałam wszystko, czasem nawet pakując ludziom aparat prosto w twarz, ale na ogół nikt mi nie odmawiał w imię zasady "niech się dziecko bawi". 

Mamo, mamo, jestem artystką!


Telefonowe. Ile ja się za tym psem naganiałam...


Pod koniec podstawówki i na początku gimnazjum pojawiły się pierwsze myśli o zakupie lustrzanki (oczywiście wychodziłam z założenia, że lustrzanka sama z siebie robi zdjęcia jak na okładkę National Geographic...). W końcu nadszedł ten wyjątkowy moment, w którym moi rodzice chyba zaczęli mieć dość mojego jęczenia i w końcu kupili mi tego Nikona. Początkowo miał być Canon, jednak w sklepie polecono nam nowszy, podobno lepszy model konkurencyjnej firmy. Oczywiście do kompletu nieśmiertelny obiektyw 18-55, który wymieniłam na lepszy dopiero w zeszłym miesiącu, po czterech latach ciągłego użytkowania. 

Na początku uczyłam się dużo, nawet bardzo dużo. Ciągła zabawa na manualu, latanie za każdym głupim widoczkiem, kwiatkiem i motylkiem dawała efekty. Później niestety zdarzały się nieudane ujęcia, które miały być bardzo ważne, więc wróciłam do trybu automatycznego, a nawet na pewien czas rzuciłam aparat w kąt. Pewność siebie wracała powoli, z każdym lepszym zdjęciem, każdą pochwałą... Nadal jednak nie przepadałam za fotografowaniem ludzi.


Jedno z pierwszych zrobionych lustrzanką



Obecnie znajduję się na całkiem nowym etapie - uczę się portretów i współpracy z ludźmi. Fotografie nie są dla mnie już jedynie ładnymi obrazkami, lecz upamiętnieniem chwili, emocji, sytuacji. Fascynuje mnie przede wszystkim fotografia uliczna, urzeka mnie zamrażanie tego, co na pierwszy rzut oka nie jest dostrzegalne, oraz upamiętnianie emocji, które na co dzień giną gdzieś w tłumie. Być może sama kiedyś tego spróbuję? Wszystko w swoim czasie. 



W 2014 wyraźnie fascynowały mnie dwie rzeczy - woda i światło



Komentarze

Popularne posty