3 marca 2017

Wieczorne do domu powroty

Brak komentarzy:


Jest wieczór, początek marca, dzień był wyjątkowo pogodny. Wychodzę z pracy, w której - jak zwykle - było chwilami miło, chwilami niekoniecznie i czuję to w powietrzu. Czuję to ciepło, powiew wiatru, który już nie sprawia, że stawiam kołnierz płaszcza i szczelniej owijam się chustą, wręcz przeciwnie - wyciągam szyję, aby poczuć te pierwsze podrygi wiosny jak najcieplej. Jednocześnie wiem, że nie można przesadzać, cieplejszy wietrzyk w marcu bywa bardzo zdradliwy, a ja dopiero wychodzę z jednego przeziębienia, więc rozsądniej byłoby schować głowę w ramionach i  grzecznie iść do domu, ale po co komu rozsądek, skoro idzie wiosna?

Lubię takie wieczory. Lubię czuć wiosnę w powietrzu. To są te dni, kiedy sam fakt oddychania sprawia mi radość, dni, w których wracam z pracy najbardziej okrężną drogą niezależnie od miasta, w którym mieszkam. Nadchodząca wiosna będzie nową, pierwszą szczecińską, dlatego czuję lekką tęsknotę czując ciepło w powietrzu - poprzednie trzy lata spędziłam w całkiem innym mieście, prawie że na drugim końcu kraju, po drugiej stronie Wisły, do którego - chcąc nie chcąc - zdążyłam się przyzwyczaić. W takie wieczory wena do pisania kłębi się w powietrzu, ale przez większość czasu i tak uparcie nie daje się pochwycić; słowa wirują, ale nie dają się złapać i uformować w zdania, które mogłyby być choćby marną próbą opisania tego, co widzą oczy czy odczuwa dusza.

Mijam chłopaka niosącego na ramieniu ramę od szosówki, a w ręku kask i buty i dociera do mnie ze zdwojoną siłą, że sezon zaczyna się chyba już  na dobre. Jutro będę stać za kasą, jednocześnie po cichu kibicując naszym kolarzom na Strade Bianche, bo już zaczyna się poważne ściganie. Niedługo pewnie ja też rozpocznę sezon rowerowy, sezon na zmagania z wiatrem spychającym na drugą stronę asfaltu jakiejś przypadkowej drogi za miastem. Wiatr z czasem złagodnieje i jego miejsce zajmie upał, ale do tego jeszcze daleko. Być może będę wtedy w innym miejscu, gdzie lato będzie chłodniejsze, a wszystkie drogi obce, bo w końcu nie jestem w stanie wysiedzieć w jednym miejscu, zapuścić korzeni, odnaleźć miejsca dla siebie.

Niedługo zacznę też sezon na spacery - te samotne, te ze znajomymi i te z aparatem, aby spróbować uchwycić choć w najmniejszym stopniu to, co widzą moje oczy, choć aparat nie jest w stanie uchwycić niektórych barw czy gry światła; nic nie jest doskonałe.

Przyjdzie wiosna, więc znów będę tęsknić - za lepszym widokiem gwiazd niż ten, który mam tutaj - w mieście wojewódzkim, gdzie przez większość czasu powietrze, którym oddycham próbuje mnie zabić (choć nie jest jeszcze tak źle, jak w innych rejonach kraju), za swoim rowerem, stałymi trasami. Za ludźmi, tymi, z którymi kontakt się urwał, ale też za tymi, którzy są gdzieś daleko. Za wolnym czasem na spacery, bieganie, przemierzanie kilometrów na dwóch kółkach. Za byciem w drodze, poznawaniem nowych miejsc, ale też za miejscami, które znam od zawsze, w których spędziłam setki godzin. W końcu wiosna to dla mnie też tęsknota za czymś nieokreślonym, nieuchwytnym, nie do opisania. To uczucie towarzyszy mi przez większość roku, ale wiosną bywa najsilniejsze. Może to tęsknota za drogą, jakiś zew dawno zagłuszonych instynktów, a może po prostu wytwór znudzonego mózgu... Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Czasem lepiej pozostawić sobie jakieś tajemnice.